poniedziałek, 25 lutego 2013

Rozdział 2



Z perspektywy Louis

Następnego dnia umówiłam się z Maxem na plaży. Miałam nadzieję wymknąć się z domu nie zauważona, niestety kiedy już prawie chwyciłam klamkę usłyszałam głos mamy...
-Louis, jak podobało ci się na przyjęciu? Szybko poszłaś do pokoju, coś się stało?- zapytała, odwróciłam się i zauważyłam jak moja mama w całej swojej okazałości siedzi w fotelu i popija sok
-No wiesz było...było świetnie, a potem po prostu poczułam się senna i tyle-odpowiedziałam, oczywiście gdyby nie obecność mojego przyjaciela skapitulowałam bym już na początku
-Ściągnij okulary jak ze mną rozmawiasz. Gdzie wychodzisz?-może się powtarzam, ale po co ona pyta mnie o takie rzeczy?!
-Idę na spacer z przyjaciółmi-na jej życzenie z wymowną miną zdjęłam moje okulary przeciwsłoneczne
-Dobrze, nie wracaj za późno...Louis jeszcze jedno, przestań w końcu chodzić w tych cholernych trampkach, dziewczyny powinny nosić się z klasą-odparła biorąc łyk soku
-Coś jeszcze, śpieszę się mamo...- miałam już dość jej uwag, przegięła czepiając się moich ulubionych conversow nie miałam wyjścia jak tylko obrócić się na pięcie i wyjść w końcu z tego chorego domu

Los Angeles tonęło w słońcu, a że mam niedaleko do plaży postanowiłam zostawić samochód w garażu i pójść pieszo. Po pół godzinnym spacerze dotarłam na umówione miejsce gdzie czekał już Max.
-A gdzie postawiłaś auto?-zapytał dając mi całusa w policzek
-Potrzebowałam świeżego powietrza...Idziemy na plaże?
-Jasne, Naomi będzie?
-Tak, dzwoniła ze się trochę spóźni...- powiedziałam po czym rozpoczęłam
rozwiązywać trampki, chodzenie boso po plaży to niezły darmowy masaż dla stóp
Usiedliśmy przy brzegu i zaczęłam opowiadać Maxowi o mojej kolejnej potyczce z mamą. Zawsze go to bawiło bo z perspektywy innej osoby naprawdę zachowanie moich rodziców było śmieszne. Na szczęście z oddali dostrzegłam Naomi. Jak to ona z wielkim uśmiechem kroczyła w naszą stronę, a w rękach z ledwością utrzymywała 3 wafelki z lodami.
-Naomi patrz pod nogi!!-zawołał Max widząc pozostawione bez opieki łopatki i inne takie bajery dla dzieci
Chyba nie usłyszała bo sekundę później biedna leżała na kolanach, a nasze lody w piasku...Szybko podbiegliśmy do naszej niezdarnej, kochanej przyjaciółki. Niestety nie potrafiliśmy powstrzymać się z Maxem od śmiechu, Naomi wyglądała cudnie...
-Cholera no, a chciałam wam zrobić niespodziankę-odparła podnosząc lody z ziemi z grymasem na twarzy
-Może lepiej je tu zostaw, pójdę po nowe-powiedział Max, przy okazji zaczął on wywijać łopatką jak zawodowy gitarzysta, wiedział jak nas rozbawić
-Choć, nic się nie stało kochanie-podałam rękę Naomi
-Wiem, tylko ja naprawdę miałam ochoty na te lody z wami-rzuciła strzepując piasek z kolan
-Skoczę do „Sands”, zaraz będę...No właśnie i tak to była moja kolej na stawianie-”Sands” to nasz ulubiony bar na plaży, czasami potrafimy przesiadywać tam godzinami
-Nie zostań Louis, ja pójdę!-chciał się wtrącić Max, ale było za późno bo już ruszyłam w drogę

Z perspektywy Naomi

Nie lubiłam zostawać sama z Maxem, wiem że był moim przyjacielem, ale ja wolałabym żeby stał się kimś więcej jak jeszcze jakiś czas temu. Niestety przeszkadzały mi w tym wyrzutu sumienia, wiedziałam jaka łączy go więź z Louis, którą ja sama traktowałam jak siostrę. Mnie i Maxa łączyła za to przeszłość, która z dnia na dzień dawała mi się we znaki coraz bardziej...Oboje wtedy oszukiwaliśmy Louis, czułam się jak zdrajca który w dodatku kochał kogoś takiego jak Max. Było trochę niezręcznie, siedzieliśmy i rozglądaliśmy się w różne strony bez słowa. W końcu postanowiłam zebrać siły i coś z siebie wykrztusić...
-Musimy jej powiedzieć co między nami zaszło-z ledwością odparłam kierując wzrok na Maxa
-Chcesz wszystko zepsuć? Nie musi o niczym wiedzieć, to było dawno, ja już nawet tego nie pamiętam- powiedział patrząc prosto przed siebie na rozległy Pacyfik. Zabolały mnie jego słowa...
-Jak możesz...Poza tym powinna wiedzieć, powiem jej kiedyś Max, całą prawdę...To nie był rok, dwa temu to było dwa miesiące temu...
-Nawet nie próbuj!! To były tylko chwile, krótkie...Koniec tematu Naomi-rzucił odwracając ode mnie głowę. Może dla niego to były chwile, ale wtedy zrodziło się we mnie uczucie jakiego teraz się wstydzę

Flashback

Jeszcze nigdy nie czułam się tak szczęśliwa, a jednocześnie tak niepewna...Wychodząc z łazienki ostatni raz przejrzałam się w lustrze, po czym pchnęłam drzwi. Max nie leżał już w łóżku, stał przy oknie oparty o parapet i zapinał guziki koszuli. Spojrzał na mnie i słodko się uśmiechnął, wtedy zdecydowałam się na ten ważny krok. Podeszłam do niego, pocałowałam w usta i się odważyłam...
-Teraz już możemy się nie ukrywać Max...Powinniśmy wszystkim powiedzieć że jesteśmy razem-powiedziałam patrzą prosto w jego błękitne oczy
-Poczekaj Naomi, o czym ty mówisz?- nerwowo odsunął mnie od siebie
-O tym że się kochamy i chcemy ze sobą być- poczułam się niepewnie, może..może ja to wszystko źle zrozumiałam
-Bardzo cię lubię, ale wiesz że kocham kogoś innego...Naomi to było dla naszej przyjemności...Myślałem że to jasne- odparł, w głowie miałam tysiąc myśli popełniłam błąd, pomyliłam się...
-Jasne, teraz już...już wszystko jasne Max. W takim razie to koniec-powiedziałam, próbowałam powstrzymać łzy napływające mi do oczu
-Nie musimy tego kończyć-przyciągnął mnie do siebie, chciał pocałować mnie w czoło jak to zwykł robić, ale szybko się odsunęłam
-Zanim to zaczęliśmy to już było skończone- chwyciłam w rękę swoją torbę i wybiegłam z pokoju. Wsiadając do samochodu rozpłakałam się jak dziecko, zranił mnie jako pierwszy,a ja wciąż czułam że go kocham...

-Hey, Naomi mam lody- powiedziała Louis podając mi wafelka, postanowiłam poczekać na odpowiedni moment i wszystko jej powiedzieć...
Siedzieliśmy na plaży jeszcze przez dłuższy czas, śmialiśmy się, rozmawialiśmy jak gdyby nigdy nic się nie stało między mną a Maxem... Słońce powoli zachodziło więc zebraliśmy rzeczy i powoli ruszyliśmy w stronę parkingu.
-Louis nie zapomnij trampek!-krzyknęłam podnosząc jej buty zasypane piaskiem
-Oh...No tak, bez też wygodnie ale z jeszcze bardziej- uśmiechnęła się

Z perspektywy Louis

Wytrzepałam buty z pozostałości plaży i siadłam na murku powoli wkładając je na nogi. I nagle zamarłam...Włożywszy moje trampki wstałam i spojrzałam dokładniej, na parkingu stało kilka samochodów i grupka chłopaków. Jednym z nich był Jack...chłopak z przyjęcia od mocnych blantów. Wskazałam go Maxowi, który nie był zachwycony jego widokiem. Na dodatek nie mieliśmy możliwości ominięcia tej ekipy ponieważ samochód Maxa stał naprzeciwko nich.
Byłam pewna że nas nie pozna, włożyliśmy okulary i ruszyliśmy przed siebie jak na najgorszą wojnę gotowi do ataku.
Kilka kroków i już byliśmy na ich widoku, czułam na sobie ich spojrzenia i wtedy usłyszałam głos Jacka...
-Hey, Louis!! Jak tam, reszta imprezy udana była?- zaśmiał się razem z kolegami
-Niezłe dupy z tych lasek- odparł jakiś jego kumpel, w tym momencie Jack efektownie ściągnął okulary i beszczelnie z góry na dół przeleciał mnie swoim wzrokiem
-Dzisiaj się zaciągniesz?-zapytał wyjmując jakiegoś skręta
-Nie mam ochoty, dzięki- rzuciłam
-Blondaska nie pytam, go to nie jara chłopaki- powiedział, oczywiście jego kumple nie zostawili tego stwierdzenia bez echa...
-Wyrosłem z takich zabaw-odgryzł się Max, wtedy Jack wyszedł z samochodu i do nas podszedł
-Taki z ciebie duży chłopak...No popatrz-Jack zaciągnął się i wypuścił dym prosto w twarz Maxa
-Przegiąłeś frajerze!-Max nagle rzucił się na Jacka, zaczęli się przepychać coraz agresywniej
-Przestańcie!!-krzyknęłam odciągając Maxa, Jack o dziwo na moją prośbę też postanowił odpuścić
-Załatwimy to innym razem blondi-rzucił kierując się w stronę swoich kolegów
-Co to za koleś?!-spytała Naomi wsiadając do swojego samochodu
-Opowiem ci innym razem-powiedziałam
-Louis wsiadaj podwiozę cię-zaproponował Max
-Wiesz co...Nie mam ochoty wracać do domu więc się przejdę, będzie trochę dłużej...-odparłam
-Na pewno? Wolałbym...-Max zawsze za bardzo się martwił
-Tak, trzymajcie się!!-wykrzyknęłam machając do moich przyjaciół którzy wsiadali do samochodów

Nie wiem dlaczego ale bardzo lubię spacerować nocą, Los Angeles jest oświetlone od góry do dołu...Niebo zawsze migocze tysiącem gwiazd, a ja kocham w nie patrzeć i myśleć o wszystkim...Przechodziłam przez ulicę, o tej porze przez prywatne dzielnice nie przejeżdża za dużo samochodów. Spojrzałam w niebo i uśmiechnęłam się sama do siebie....nagle usłyszałam samochód, odwróciłam się za siebie i słychać było tylko pisk opon...Zamknęłam oczy, myślałam że już nie żyję...
-Louis co ty robisz?!!-usłyszałam głos Jacka, on raczej nie wskazywał by na to ,że jestem w niebie. Otworzyłam oczy i zobaczyłam jego samochód centymetry ode mnie
-Ja...Boże żyję- powiedziałam szeptem, nie wiedziałam do końca co się stało
-No tak, ale uważaj jak chodzisz!! Inny kierowca nie zdążył by wyhamować...Jezu dziewczyno- Jack chwycił się za kark, przejął się ta sytuacją
-Przepraszam...I dziękuje Jack, ja już ten pójdę-rzuciłam będąc jeszcze w lekkim szoku
-Chyba sobie żartujesz teraz? Wsiadaj, podwiozę cię-zaproponował, chociaż zabrzmiało to raczej jak rozkaz
-Dam sobie radę
-Nie ma mowy, proszę- Jack podszedł do drzwi od strony pasażera i jak dżentelmen otworzył je, nie mogłam odmówić, w końcu mnie w jakimś stopniu uratował

Jechaliśmy chwilę w ciszy, co jakiś czas spoglądaliśmy na siebie. Najlepszy paradoks był taki że słuchał takiej samej muzyki jak ja, a akurat w samochodzie leciała płyta Sleeping with sirens.
-Jak ci się nie podoba włączę radio-oznajmił Jack
-Żartujesz? To mój ulubiony zespół...- odparłam
-Serio? To masz gust ...Są świetni, a ich teksty maja sens co nie?
-Tak, masz rację...wtedy właśnie ich nuciłam- zaśmiałam się, ale była to prawda
-Hahaha, no to jesteś usprawiedliwiona- uśmiechnął się Jack, w tym samym momencie zadzwonił do niego telefon, poczekał chwile, ale odrzucił połączenie
-O nie...-poczułam wibracje w kieszeni „mama przychodzące”
-Co, tez nie masz ochoty na rozmowę z tym kimś?- zapytał, czytał mi w myślach
-Tak...bardzo-powiedziałam, nagle Jack wyrwała mi telefon z ręki, i kątem oka spoglądając na drogę odrzucił połączenie i wyłączył mój telefon
-Proszę, zrobiłem tak samo ze swoim- uśmiechnął się-Louis, naprawdę masz ochotę wracać do domu?-zatrzymał się i zapytał
-....Nie, a co?- odpowiedziałam, była to ostatnia rzecz jaką pragnęłam
-Świetnie, w takim razie zabieram cię na małą przejażdżkę, nie protestuj-oznajmił spoglądając w moje oczy
-Nie będę- odparłam z uśmiechem
-Świetnie-rzucił Jack po czym ruszył, nie wiedziałam co mnie może czekać, ale chciałam tego, odpocząć od wszystkiego, czułam że z nim może mi się to udać

Przepraszam że tak długo, ale nie było weny:D Piszcie jak wam się podoba bo to ważne:D Pozdrowienia z LA:)



6 komentarzy:

  1. Jack i Louis <33 Pokochałam tą parę. Świetny rozdział. :))

    OdpowiedzUsuń
  2. o men. ale zajebistee. fajnie że dodajesz gify. ;*

    http://becauseofyou-jb.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Zajebisteee. ;d Mam nadzieje, że nie długo dodasz nowee.. Jestem ciekawa co bd. dalej.. *.*

    OdpowiedzUsuń